czwartek, 29 czerwca 2017

Norwegia - wspomnienia: czerwiec 2015 r. cz2






     Poprzedni wpis zakończyłam zdobyciem Varlivarden. I tu nie obyło się bez niespodzianek, bo ja proszę Państwa jestem doskonała w gubieniu się :) Ale świetnie się także odnajduję :) :) :).
Wprawdzie nie zeszłyśmy ze szczytu zgodnie ze wskazówkami naszego niezwykle pomocnego Norwega, bo jakimś zrządzeniem losu na którymś ze skrzyżowań szlaków, gdzie wszystkie były czerwone i zupełnie nie opisane poszłyśmy widocznie nie tam gdzie należało. No cóż.... ważne, że schodziło się w dół i w miarę w kierunku naszej przeprawy promowej, która czekała nas następnego dnia. Uskrzydlone wspaniałym dniem, nie przeszkadzało nam, że nie za bardzo wiemy gdzie jesteśmy, Bardziej byłyśmy zaskoczone tym, że nie mamy się gdzie rozbić naszym namiotem. Niby wszędzie można, ale ......



      Całe hektary ogrodzone metalowym płotem, a tam, gdzie nie ma ogrodzenia informacja o zakazie biwakowania. Muszę przyznać, że tyle miejsca ile mają do dyspozycji tamtejsze owce nie mają chyba żadne hodowlane zwierzęta w Europie. Całe połacie łąk do dyspozycji tych zwierząt. Jako osobie, która zwraca uwagę na dobrostan zwierząt to bardzo mi się to podobało, ale jako zmęczony, śpiący turysta chciałoby się, żeby owieczki podzieliły się choć troszkę swoją łąką na rzecz naszego namiociku......szłyśmy dość długo, dopiero późnym wieczorem ( chociaż oczywiście jasno było jak w dzień ) znalazłyśmy na skraju wsi coś na kształt zatoczki, przystani i kawałek nieogrodzonego lasu.





      Byłyśmy bardzo zadowolone z dnia i bardzo szczęśliwe ale także zmęczone, więc szybciutko zasnęłyśmy. Dopiero rano okazało się, że byłyśmy zbyt blisko zabudowań, na szczęście nikt nas nie niepokoił, może nawet nikt nie zauważył naszej obecności. Rano zwinęłyśmy się szybciutko i w drogę.
      Już wiedziałyśmy gdzie jesteśmy, miałyśmy mapę, właściwie wycinek mapy okolic, które miałyśmy przejść wydrukowany jeszcze w Polsce i gdy doszłyśmy do pierwszej wsi bez trudu zlokalizowałyśmy siebie. Droga do promu była piękna, nie wyobrażałam sobie nawet, że w tym kraju jest tak dużo kwiatów i krzewów kwitnących kolorowo. Te ogrody bardziej przypominały mi te widziane wiele lat wcześniej w Grecji niż nawet w Polsce. To wszystko zasługa ciepłych frontów morskich, które powodują, że klimat na wybrzeżu jest bardzo łagodny. Z resztą wystarczy popatrzeć na zdjęcia jak przyroda wybujała :)





     Na kolejny dzień miałyśmy w planach przejście kilkunastu kilometrów asfaltową drogą w stronę Preikestolen. Prom okazał się być połowę tańszy niż można było zapłacić za pomocą aplikacji jeszcze w Polsce, co nas bardzo ucieszyło, bo trochę bałyśmy się skandynawskich cen.
     Rozochocone wczorajszym trekingiem uważnie studiowałyśmy mapę na której zaznaczone były ścieżki w okolicy i znalazłyśmy możliwość kolejnego przejścia poza szosowego. I rzeczywiście z głównej drogi w pewnym momencie zobaczyłyśmy nawet oznakowany szlak z napisem Preikestolen :) Potem już nie było szczegółowych oznakowań a nasza mapa nie  była zbyt dokładna. Wydawało mi się patrząc na nią, że to przysłowiowy rzut beretem, właściwie to skrót w porównaniu z tym jak przebiegała trasa szosy. Troszkę w górę, potem w dół, miniemy dwa jeziorka, jedną chatę i już będziemy na miejscu. Zgadza się tylko jedna chata, jeziorek minęłyśmy kilka a droga prowadziła to w górę to w dół, potem przez moczary i bagienka ale z kładkami, więc tylko trochę nam buty podmokły :) i tak szłyśmy 6 godzin  :) Czy żałuję? Droga na skróty w moim wypadku to zawsze nadprogramowe kilometry :) Nie żałuję ani trochę. Słoneczko w tym dniu nas opuściło, ale było ciepło, sucho i taki spacer jak najbardziej nas uszczęśliwiał. Miałyśmy trochę stracha czy dojdziemy tam, gdzie chcemy, bo nie było jasnego oznakowania i szłyśmy bardzo intuicyjnie aż do momentu, gdy po kilku godzinach znalazłyśmy szlakowskaz Preikestolen !!!! W ten sposób minął nam cały dzień, pogoda zaczęła się troszkę psuć, mgła powoli spowijała świat a małe muszki (meszki? ) wysysały z na krew.
Znalazłyśmy uroczą plażę nad jeziorem gdzie spokojnie chciałyśmy przespać do rana ale o tej niespokojnej nocy pisałam poprzednio. Najważniejsze, że cel naszego przyjazdu jest już na wyciągnięcie ręki :)


















     Po opisanej już nocy wczesnym mglistym rankiem wyruszyłyśmy w górę . To tylko 4 km w każdą stronę ale ponieważ przewyższenie na tej długości trasy jest dość spore to trzeba się liczyć z 2 godzinnym marszem. I my jak to my otwarte na to co los przyniesie zgubiłyśmy się jak dzieci we mgle :) Miało być łatwo, szlak- autostrada a my wspinałyśmy się po skałkach, szłyśmy po płytach skalnych by wreszcie usłyszeć międzynarodowy gwar ludzi. Przynajmniej wiedziałyśmy, że jesteśmy blisko, tylko ze te głosy dobiegały z dołu !!! Gdzie my jesteśmy ? Jak zejść ? Podejrzewałyśmy, że trafiłyśmy na tak zwaną trasę alternatywną ( oznaczoną czerwonym znaczkiem jak wszystkie szlaki w okolicy ;) nota bene w tym roku już zamkniętą ) o której czytałyśmy przygotowując się do wyjazdu a na która nie miałyśmy zamiaru trafiać z powodu mgły ale Wszechświat ma swoje plany i jak się widać całkiem fajne :) Łatwo odnalazłyśmy zejście i ku naszemu zdziwieniu okazało się, że na dole jest bardzo dużo ludzi, mimo wczesnej pory i  nie najlepszej pogody.
       Cała trasa okazała się być magiczna, wszystko zawoalowane chmurami, cicho, spokojnie,  bardzo mało ludzi na szlaku ( na tym oczywiście na który niechcący zabłądziłyśmy )..... tylko, że przecież chciałyśmy fiordy, przestrzenie a tu nic nie widać, mokro i zimno. Spotykamy schodzących Polaków, którzy spali na górze . Pytamy ich z nadzieją w głosie o widoki, jak warunki? A oni nic nie widzieli, chmury wszędzie, mgła, widoczność tak malutka, że aż strach wchodzić na Ambonę, bo nie widać wyraźnie krawędzi przepaści. Sprawdzamy prognozy meteorologiczne. Te ciągle się zmieniają, jeszcze wczoraj według nich dzisiaj miało być słonecznie a teraz zmiana, chmury i deszcz ale jest nadzieja :) okienko pogodowe ok godz 11-ej!!!!!! Poczekamy, posiedzimy, to nic że mży, na pewno się rozjaśni !!! Przecież los nam sprzyja :) Czekałyśmy, wierzyłyśmy że wszystko się zmieni i tak było. Chmury rozstępowały się co jakiś czas na chwilę pokazując nam jak cudne widoki przedstawiają fiordy. Ludzie korzystając z chwili gnali na skraj skały zrobić sobie zdjęcie. Podniecenie, radość by za chwilkę wszystko znowu przykryły chmury i wilgotna mgła. To nic, poczekamy. Nasza cierpliwość została nagrodzona po kilkudziesięciu minutach. Kto nie nie miał czasu lub cierpliwości niech żałuje ......Chmury ustąpiły, zrobiło się gorąco, jasno, wspaniale. Dostałyśmy to po co przyjechałyśmy. Fiord Lysefjord otworzył się dla nas, Preikestolen pokazało swoje piękno i to była wzruszająca nagroda, bo przecież szłyśmy tam już trzeci dzień.


















       Minęło kilka godzin czekania i podziwiania. Szczęśliwe schodziłyśmy na dół i nawet deszcz który zgodnie z prognozami zaczął lać nam nie przeszkadzał. Rozbiłyśmy namiot na kempingu, ciesząc się na możliwość kąpieli tego dnia i zasnęłyśmy nie marząc już o niczym więcej. Następnego ranka lało ale to nic, my raźno maszerowałyśmy w stronę Tao myśląc, że teraz to już z górki. Nie wiedziałyśmy jeszcze, że to będzie najcięższy dzień całej wyprawy.
       Przeszłyśmy 40 km z ciężkimi plecakami, najpierw w deszczu a potem w skwarze marząc o zimnym piwie jako ukoronowaniu tych ostatnich kilku dni. Ci którzy się interesują Skandynawią wiedzą, że zakup alkoholu w Norwegii jest bardzo utrudniony. Weszłyśmy do marketu i jest !!!!! Nawet bardzo wysoka cena nas nie zniechęciła, przecież zasłużyłyśmy sobie na nagrodę. Przy kasie okazało się, że jest już po 20 ej i nie możemy kupić piwa :( :( :( ...... musiało wystarczyć mleko sojowe, chleb, oliwki, kukurydza i ketchup....i marzenia o zimnej Coca Coli po powrocie.




















     Podsumowując nasz niskobudżetowy wyjazd...... Pogoda zmienna, codziennie inna, pociłyśmy się w upale, marzłyśmy w deszczu, pęcherze na stopach nie pozwalały Adzie iść ( na szczęście to był już ostatni dzień ) Spałyśmy na gołej ziemi, żadnego ciepłego posiłku ani napoju przez cały czas, plecak ciążył, spotkałyśmy dobrych ludzi, widziałyśmy przecudnej urody pejzaże, zwiedziłyśmy piękne Stavanger. Nie oddałabym tych dni za żadne plaże Zanzibaru, było cudownie !!!! Nie doświadczyłybyśmy tego wszystkiego z żadnym biurem podróży ani z nikim innym. To nasze tu i teraz i otworzenie się na piękno życia i świata przyniosło nam niezapomnianą wyprawę. I potwierdziło w nas przekonaniu, że lubimy razem podróżować jak z nikim innym.



     Ostatnią "noc"i dzień spędziłyśmy na słonecznej i wietrznej plaży Sola niedaleko lotniska już planując że kiedyś tu wrócimy.

   Ja wróciłam tym razem sama ale to temat kolejnej opowieści.