niedziela, 2 lipca 2017

Praktyka minimalizmu ;)





   Jestem już miesiąc na wakacjach ( w tym sensie, że nie chodzę do pracy :) ) i bardzo dobrze mi w tym stanie. Czas wcale nie płynie wolniej. Codziennie jak to u mnie coś się dzieje, nic rewolucyjnego, po prostu żyję. 

    Był plan, bo lubię planować ..... ale troszkę mi się ten plan rozłazi :)
Zaplanowany wyjazd też wymknął się planowi ale w bardzo dobrą stronę. Wydawało się, że do Norwegii pojadę zwiedzać częściowo znane mi miejsca a troszkę nowych ale w pobliżu Stavanger a dzięki Mirkowi udało się jednak spełnić marzenie i być na Troltundze ( a może przestraszył się, że przyjadę znowu i chciał mieć ten punkt programu z głowy ??? hmmmm. To całkiem możliwa ewentualność ;) )

     Po powrocie z ogromnym zapałem zabrałam się za malowanie mojego mieszkanka. Spakowałam dobytek, poprzesuwałam meble, umyłam ściany, zabrałam się za gruntowanie a tu d.... poprzednia farba małymi wprawdzie ale jednak elementami zawija się na wałek. Ręce opadają, dom w stanie remontowym, ja upaprana i już bez sił a tu taka sytuacja....
    Widziałam filmiki na youtub jak się maluje .... nie ma nic prostszego : wałek, farba, chop siup i gotowe. Jeden dzień, co tam jeden dzień, wystarczy godzinka i mieszkanko cieszy okiem nowymi kolorami. Pytam znajomych, rodzinę co się stało, jak to możliwe, że mam taki kłopot. 
    Każdy Polak mądry po szkodzie. Sami najlepsi domowi eksperci i doradcy. Okazuje się, że każdy sam maluje sobie ściany i jest to tak proste jak jazda rowerem :) Ile się nasłuchałam...... :
- a pewnie ściana nie wyschła po myciu i dlatego tak się dzieje,
- to ty nie wiesz, że zawsze starą farbę trzeba zedrzeć,
- to takie łatwe, malujemy sami co roku, ale podkład wałkiem ???? nigdy w życiu, pędzlem to się robi sieroto..... jak możesz tego nie wiedzieć ......Uffff. 
    Od dwóch tygodni mieszkam na palcu budowy, rzuciłam to wszystko w diabli, czekam na znajomego, który wybawi mnie z opresji i zrobi malowanie za mnie albo z moją pomocą......tylko że on ma pracę i rozgrzebany remont własnego domu, więc przyjdzie za tydzień albo w środę i w sumie to teraz nie wiem kiedy będzie ładnie i to wszystko posprzątam :)

    I tak nachodzi mnie myśl jak mało mi potrzeba, by normalnie żyć. Pozostało mi niewiele rzeczy bo większość popakowana w pudła jest w piwnicy a jednak nie cierpię niedostatku. Za ponad dwa tygodnie wyjeżdżam na 5 dni na festiwal, gdzie będę mieć jeszcze mniej rzeczy, będę mieszkać w aucie i na pewno przeżyję, bo przeżyłam to już wcześniej wielokrotnie. A może by tak po prostu oddać, wyrzucić, sprzedać to czego tak na prawdę nie potrzebuję, oczyścić wreszcie przestrzeń wokół siebie ale tak ostatecznie?. Robię to po trochu już od kilku lat i uporządkowanie mieszania jest moim priorytetem na ten rok, marzeniem nawet. Chciałabym pewnego dnia usiąść, może nawet z psem na kolanach ( bo pozbycie zwierząt nie wchodzi w grę ;) ) rozglądnąć się wokół siebie, odetchnąć czyściutkim powietrzem wypucowanego mieszkanka i mieć poczucie oczyszczenia i uporządkowania świata wokół mnie. Podobno od posprzątania domu trzeba zacząć porządki emocjonalne, zawodowe a nawet miłosne. Podobno ( a chcę tego dowieść ) wszystko się układa gdy się ma oczyszczoną osobistą przestrzeń. Zgodnie z tą teorią nie szukam nowej pracy ani miłości zanim nie skończę z porządkami domowymi ..... grunt to mieć dobrą wymówkę ;)

 A co by było, gdybym nagle zechciała się wyprowadzić gdzieś daleko. Nie do Krakowa, czy Smokowca, tylko na przykład do Reykjaviku albo Vancouver. Przecież nie zabiorę ze sobą całego dobytku. Należy dokonać wyboru, co z całej masy rzeczy jest mi na prawdę potrzebne lub na tyle cenne by chronić przed zniszczeniem. Po co mi po 12 talerzy wszelakich rozmiarów i głębokości skoro nie robię przyjęć, a pierdylion kubków, kiedy piję prawie zawsze z tego samego, bo go lubię najbardziej. Szklanki do piwa nie używane od 8 lat, a kieliszki do szampana odkurzane raz do roku na Sylwestra. Książek mam też za dużo, tylko niektóre czytane wielokrotnie, jak się ich pozbyć???? Niby można czytać na czytniku, ale magia papieru tutaj zwycięży praktyczność. 

    Dopóki mieszkam tutaj książki i płyty pozostaną ( chociaż zrobię w nich remanent i część sprzedam lub oddam) ubrania które nie pasują do siebie, są za małe, albo za duże- muszą zniknąć. Torebka wystarczy jedna, trzy do kosza, butów mam na szczęście mniej niż 10 par w tym 4 górskie- zostają. Koniec z przydasiami, które leżą nie użyte dłużej niż dwa lata. Koniec z obrusami, których nigdy nie zakładam i firankami, których nie chcę bo zasłaniają mi świat. Talerzy, kubków, szklanek po 6 wystarczy, nawet gdy mnie ktoś odwiedzi to będzie ich dość. Setki słoików od lat czeka na wypełnienie ich przetworami... jakoś się nie doczekały dotąd, może ktoś część zechce, reszta do recyklingu. A to nie koniec listy rzeczy z którymi muszę się rozprawić, a nie odłożyć na inną półkę, czy w inną szufladę

     Czeka mnie sporo pracy a siedzę i klikam w klawiaturę  :) No cóż..... na przyjemności zawsze trzeba znaleźć czas a pisanie to dla mnie przyjemność :)

     Boję się jednego - że ze sprzątaniem jest jak z odchudzaniem. Nie sztuka posprzątać ( schudnąć ) sztuka to utrzymać. Mam jednak nadzieję, że gdy rzeczy będzie mniej, to łatwiej je będzie utrzymać w ryzach. Na zachowanie idealnej wagi niestety nie mam rady praktycznej a teoretyzować nie chcę ;)

    Trzymam kciuki za moje powodzenie, każde dodatkowe wsparcie psychiczne czy realne będzie bardzo pomocne i mile widziane :)