niedziela, 16 lipca 2017

Zmartwienia w niedzielne popołudnie.





      Piękny niedzielny dzień. Wreszcie mieszkanie wymalowane, prawie posprzątane. Nie siedzę wprawdzie z psem na kolanach, bo akurat na kolanach mam laptop i klikam ten tekst ale Luna wygrzewa się w słoneczku a ja sobie na nią patrzę i cieszę się, że powoli dochodzę do idealnego ładu.
Nie udało mi się wyrzucić wszystkiego co chciałam, jednak podszepty zwyciężyły ;)

-zostaw to jeszcze na chwilkę - mówiły- szkoda tych książek, może jeszcze raz przeczytasz, albo dasz komuś, kto będzie potrzebować coś na wakacyjną plażę.
- te kawałki koronek mogą się przydać, to teraz takie modne, odświeżysz sobie garderobę
- cała kolekcja Listy Przebojów programu Trzeciego niesłuchana od lat - ale jak to sprzedać, wyrzucić, przecież tam jest tyle muzycznych wspomnień jeszcze z zeszłego wieku, gdym nastolatką była ;)

Ale i tak dokonałam jak na mnie sporej czystki. Jestem bardzo zadowolona. Następny etap łazienka- hahaha tak mi się wydawało, że wymaluję salon, sypialnię malowałam rok temu to właściwie wystarczy tych remontów ale niespodzianki są nieprzewidywalne.... odpadł kawałek sufitu w łazience i ta dziura po brakującym gipsie nie wygląda zbyt dekoracyjnie. Ale nie martwię się tym wcale, już plan na łazienkę jest :)
      Martwi mnie niestety zupełnie inna sprawa :(

      Dlaczego nigdy nie mam takiego stanu, gdzie mogę powiedzieć: wszystko ogarniam, nic się nie wali, wszystko jest sprawne, plany i cele wytyczone, skierowane na prawidłowe tory... nic tylko usiąść w pozycji lotosu, wziąć głęboki oddech i nie myśleć o niczym co jeszcze trzeba zrobić.

     I teraz mam dylemat. Czy warto się spinać, denerwować kolejnymi niespodziankami? Czy to dobrze, że spędzam czas, tak przecież drogocenny mi na zamartwianiu się sprawami na które nie mam wpływu? No bo jak mam się nie martwić tym, że auto moje nadal uwięzione u mechanika tkwi? Nie umiem go sama naprawić, przekazałam je w dobre ręce kilka tygodni temu. Czy mogłam zrobić więcej, czy moje zamartwianie się coś da? Tak na prawdę, to pytania retoryczne. Wiem, że nic nie da ale nie umiem opanować niepokoju. Od sprawności mojego Roomsterka zależy czy w ogóle pojadę na festiwal na który kupiłam bilety ponad pół roku temu!!! Oczami wyobraźni czuję jaka będę zawiedziona jeśli tam nie pojadę. Nie chodzi o stratę kilkuset złotych tylko ja na prawdę lubię tam jeździć, bawić się na koncertach, jeść bagietki z hummusem pod drzewem popijając lekkim piwkiem i wegańskie jedzenie na terenie festiwali, które jest pyszne ........Co roku czekam na te kilka dni swobody i zabawy z niecierpliwością.

     Z drugiej strony byłoby mi dużo prościej i łatwiej żyć gdybym popatrzyła na tą sytuację inaczej. Jest piękny dzień, słońce świeci, łąki pełne kwiatów zapraszają na spacer. Czy zamiast myśleć o tym czy Pan Janusz N. zdobędzie wreszcie pompę paliwową dla mojego auta skupić się na tym co tu i teraz. Przecież Świat zna moje marzenia i wie co jest dla mnie najlepsze. Jeśli nie pojadę to znaczy, że to jest dla mnie dobre. Teraz na myśl o takim scenariuszu robi mi się strasznie smutno i wiem, że będę zawiedziona jakiś czas, ale z perspektywy moich życiowych doświadczeń już wiem, że nie mogę przeć na siłę tam gdzie są wyraźne znaki by się zatrzymać. 

     Ten cały rozwój osobisty, panowanie nad swoimi emocjami, zaufanie prawu przyciągania itd jest bardzo trudne. Teoretycznie wiem wiele a praktycznie siedzę tu w fotelu i aż mi się żołądek ściska z nerwów. Wiem.... powinnam się uspokoić, odprężyć, docenić co udało mi się zrobić w tym trudnym tygodniu i nie zamartwiać się sprawami na które nie mam wpływu. Tylko jak zatrzymać te chaotyczne myśli w mojej głowie i tą walkę chęci spokoju ze strachem. Widzę, że przede mną jeszcze duuuuużo nauki i pracy nad sobą.....

A rzucę to wszystko i pójdę na spacer...

I mam nadzieję, że dopiszę jutro post scriptum: Mój ulubiony mechanik Janusz N. zadzwonił, żebym zabierała swoje autko i jechała w świat ( na początek do Ostrawy ) :)

Cóż mi pozostało, muszę zaufać Życiu :)
Miłej niedzieli :)