sobota, 12 sierpnia 2017

Otargańce

         



    Otargańce to droga do wnętrza siebie a przy okazji do górskiego raju. Słowacki raj tak na prawdę jest tutaj ;)


    Pierwszy raz usłyszałam o nich od mojego kolegi Qby który podesłał mi swoje zdjęcia z tej trasy sprzed kilku lat. Z wielkim entuzjazmem opowiadał o pięknie tego miejsca ale ja wtedy byłam na początku mojej górskiej przygody i prawdę mówiąc wyjazd na Słowację by przejść ten szlak był dla mnie wyjazdem "za granicę" a co za tym idzie wydawało mi się, że muszę  jakoś szczególnie przygotować nie tylko siebie ale też auto. Jak się domyślasz mój drogi czytelniku znalazłam mnóstwo wymówek. Przecież nie znam się na przepisach, na pewno się zgubię, bo zawsze się gubię, a co jak mnie policja ukarze za jakieś złe zaparkowanie albo brak np. zapasowych żarówek? A poza tym to taki długi szlak ....
Nie........pięknie tam jest na pewno - wierzę Ci Qba i wszyscy blogerzy których przy okazji odwiedziłam ale zostawię sobie ten szlak na później, najlepiej na lato kiedy dzień długi i będzie szansa przejść go za dnia. 

Ufffff .....aż się zmęczyłam tymi wymówkami. 

       Przez te kilka lat Otargańce co jakiś czas powracały do mnie jako plan wycieczki. Znowu studiowałam zdjęcia i relacje, upewniłam się, że droga choć długa to nie niebezpieczna ( w końcu chodzę sama to bezpieczeństwo jest ważne ) i zostało nareszcie postanowione: idę. Lubię iść w góry dzień po intensywnych opadach deszczu czy śniegu, gdy prognoza zapewnia pełne słońce. Powietrze jest wtedy czyste i rześkie a widoczność doskonała.
       Mieszkam prawie w górach, prawie to nie znaczy, że kilka minut  i już jestem na miejscu. Tym razem po minucie od wyjazdu z domu ( o ile mnie światła nie zatrzymają to tyle mi potrzeba by .... :) ) mam przed sobą piękną panoramę Tatr ponad nowotarskim lotniskiem. To dla tego widoku uważam, że mieszkam w najpiękniejszym mieście na Podhalu :) . A tego dnia nie tylko Tatry były piękne.  5 rano, właśnie trwał wschód słońca a doliny przykrywały mgły zabarwione delikatnie na różowo i fioletowo. Cóż to był za widok!!!! jaka nagroda za pobudkę o 4 rano po ledwie kilku godzinach snu! a przecież dopiero wyszłam z domu, co to będzie, co to będzie :) Już czułam, że dziś będzie na pewno piękny dzień. Do początku szlaku miałam jeszcze do przejechania 100 km. Musiałam objechać Tatry i dokładnie w połowie drogi naokoło nich zaczynała się moja dzisiejsza droga, :). 

   Początkowo szlak prowadził szeroką drogą, aż do zejścia się dolin Jamnickiej i Raczkowej, gdzie zaczynał nabierać wysokości. Ścieżka słabo oznakowana, ale jednak wyraźna choć lekko zarastająca wskazuje na to, że nie jest to najbardziej oblegana trasa Tatr Zachodnich. Szłam cały czas ostro pod górę zakosami, szybko nabierając wysokości, ale także szybko nabierając wody w spodnie, bo wysokie trawy mokre od rosy chętnie oddawały moim butom i ubraniu swój nadmiar wilgoci. Nic to :) spodnie wyschną, buty zaopatrzone gotereksowo też nie boją się wilgoci. Prę w górę pocąc się i sapiąc i zastanawiając się czy aby na pewno tego chcę ???? Ten widok rozwiał wszelkie moje wątpliwości..... mimo, że wiedziałam, że do grani jeszcze sporo drogi mnie czeka i setki metrów przewyższenia.







     Uwielbiam Niżne Tatry widoczne tutaj, Królewską Górę z której podobno widać nawet Węgry..... i Chopok, który wygląda jak pomyłka geologiczna a szczególnie Dumbier  najwyższy szczyt z którego są najpiękniejsze widoki na Fatry i Tatry. Widok tego pasma będzie mi towarzyszyć jeszcze bardzo długo. Jeszcze dwie godziny widzę tylko je i las przez który się przedzieram pod zwalonymi pniami albo przeskakując konary. Nie zatrzymuję się, pić się chce, ale pozwalam sobie tylko na kilka łyków i ...... znowu gnam jak ogień w górę :) Wreszcie las się kończy, kosówki stają się coraz mniejsze, podłoże częściej skaliste i ....wreszcie jest !!! Teraz widzę wyraźnie co mnie czeka, teraz mogę powiedzieć, że wszystko co do tej pory zobaczyłam i przeczytałam o tym szlaku to tylko obrazy i słowa i jak zwykle Tatry Zachodnie nie dają się łatwo fotografować ani trudno o nich opowiedzieć. Widoki przerosły wszelkie moje wyobrażenia o tym miejscu. 







        Teraz widać co mnie czeka. W sensie drogi, bo krajobrazy jeszcze nie raz mnie zaskoczą ;) Tutaj wygląda to tak niewinnie ale na prawdę to ponad dwutysięczne szczyty, ogromne, majestatyczne, po których przyjdzie mi maszerować przez najbliższe kilka godzin. Mam czas, mogę posiedzieć, odpocząć, nabrać sił przed dalszą drogą. Jestem zachwycona :) Z lewej Baraniec, z prawej Bystra, Starorobociański Wierch a ja miedzy nimi.

     Idę labiryntem skalnych kominków i turniczek, czasem po głazach. Chowam kijki, wspinam się po skałach zachłannie, radośnie. Nie ma nikogo tylko ja i góry moje. Czyż to nie jest piękne?!?! Dopiero gdzieś w połowie drogi doganiają mnie pierwsi turyści. W sumie w ciągu pierwszych 5 godzin spotkałam ich ledwie kilku.  




      Pogoda cudowna, ciepło, krystaliczne powietrze ale Matka Natura ma dla mnie jeszcze jedną niespodziankę. W pewnym momencie nadeszły chmury i zaczęły tańczyć wokół Otargańców pieszcząc ich zachodnią stronę. Delikatnie dotykając Bystrą, przeciskając się miedzy najwyższymi szczytami Tatr Wysokich. To było jak teatr, spektakl, który ogląda się z otwartą buzią :)












       Powoli docieram do najwyższego punktu mojej dzisiejszej wycieczki : Jakubiny ( Raczkowa Czuba  2194mnpm ). Babia Góra mruga do mnie, kochany Wołowiec zaprasza a stawy poniżej jego kuszą sercowatym kształtem i tęczowym rancikiem. Tutaj siadam i gapię się bo nie chcę już nigdzie iść. Gdy pójdę dalej wszystko się skończy a ja nie chcę tego. Gdyby tak dało się wcisnąć na pilocie życia klawisz pauza i tak siedzieć aż się znudzi, spowszednieje, aż słońce zapiecze za mocno, wicher przewieje...To najpiękniesiejsza trasa jaka szłam. Nie znasz takiego słowa ??? To znaczy tylko, że nie spotkałeś (aś ) niczego najpiękniesiejszego i dlatego nie znasz tego słowa ;)

      Posiedziałam w samotności widząc już Jarząbczy i Jakubinę z ludźmi na szczycie. Czasami trudno mi się pogodzić z prawami fizyki, teleportacja nie istnieje, zatrzymanie czasu też nie ....niestety.
    Na szczycie proszę jeszcze obcych ludzi o uwiecznienie mnie na szlaku i już widzę moją trasę w dół do Raczkowej Doliny. Nadłożę godzinę drogi, byle by iść właśnie tamtędy, bo nie ma mowy, żebym zeszła z Jarząbczego stromizną w dół. Wchodziłam tamtędy raz kilka lat temu i do tej pory czuję słony smak potu i strach przed stoczeniem się w dół po piarżysku niczym piłka. Nie tym razem.... o nie. 










     Idę na Kończysty Wierch a potem stromo ale jednak po trawie w dół jest łatwiej do Raczkowej Doliny. Jest mi niezmiernie smutno, że koniec zbliża się nieubłaganie. Jeszcze ociągam się chwilę przy tamtejszych stawach a potem do auta jeszcze ok 3 godziny przez las .....







ostatnie spojrzenia w tył.....







     Ból kolan jest niczym w porównaniu z bólem serca i duszy zmuszonych do zejścia na Ziemię. To był przepiękny dzień, przepiękna trasa, może Ci ją kiedyś pokażę na żywo jeszcze raz ;) To oczywiście żarcik taki. Nie raz zdarzało mi się powtarzać trasy, zawsze jest inaczej niż zapamiętałam i to kocham w górach najbardziej, zaskakują mnie za każdym razem ;)