poniedziałek, 11 września 2017

Koprowy muzycznie zapętlony





     Miewam tak nieraz, że idąc w góry, albo przed siebie zapętla mi się w głowie melodia i wszystko co widzę, czuję tego dnia ma w sobie muzyczne tło. Czasami jest to Gutek, który śpiewa o kobiecie, która nie pachnie miętową maścią i boi się miłości. Innym razem Fink ze swoją doskonałą ciemnością (Perfect Darkness) a wczoraj Thomas Feiner śpiewający Beautiful Blue.


    Rzadko piszę o moich górskich wyjściach, które nie są samotne. Wczoraj wyruszyliśmy w trzy osoby, ale jedna z nich prawie cały czas była poza zasięgiem słuchu i często także wzroku a druga w pewnym momencie skupiła się na walce z oddechem i czerpaniu ogromnej przyjemności z przecudnych okoliczności przyrody zamiast z rozmowy ;)
I tak to maszerowaliśmy w trójkę a jednak czasem jakby każde z nas w pojedynkę.

    Szlak na Koprowy Wierch to moim zdaniem jedna z najpiękniejszych tras tatrzańskich. Szłam nią po raz drugi. Pierwszy raz był przypadkiem. Moim celem wtedy były Rysy w październikowy piękny dzień. Dwa dni wcześniej sporo popadało, temperatura jak to jesienią bywa zeszła poniżej zera i na szlaku porobiły się wtedy bardzo nieprzyjemne odcinki, gdzie kamienie i ścieżka pokryły się lodową glazurą a powyżej zalegał śnieg. Na dodatek łańcuch się zerwał i dla tak mało doświadczonej osoby jak ja dalsza wycieczka nie miała już sensu. Zawróciłam z żalem, ale cóż było robić? Po drodze na Rysy jest rozwidlenie szlaków, drugi z nich prowadzi do Hińczowych Stawów. Skoro miałam dzień wolny, pogoda tzw. żyleta to poszłam. I doszłam do Hińczowej Doliny i poryczałam się jak dziecko na widok ściany Mięguszy, Stawów Hińczowych, czerwonych traw a wszystko to przykryte było gdzieniegdzie białym śniegowym puchem, a niebo było granatowe bezchmurne.....bajka. Od tej pory nie marzę o Rysach. Kojarzą mi się one teraz z niezwykle korzystną zmianą planów i odkryciem raju na ziemi. Wtedy poszłam też na Koprowy ale mimo przepięknych widoków i świetnej przejrzystości powietrza to o dolinie ciągle myślałam we wspomnieniach.
Tak ją zapamiętałam:




    Tym razem - prawdę mówiąc - miałam duże wątpliwości czy zdobędziemy szczyt, ale nie martwiłam się tym zbytnio, bo moim celem były Hińczowe Stawy ;) a Koprowy tylko dodatkiem. Po drodze wiało, dzień wcześniej halny pokrzyżował plany wielu z tych którzy poszli w góry. Czasami trudno było utrzymać aparat w rękach, żeby nie poruszyć zdjęciem, szczyty przykryte chmurami które nie wiem skąd ciągle nadciągały. Szansa na Koprowy malała z każdym krokiem ale..... zdarzył się cud :)

      Wiatr osłabł a w zacisznym miejscu znalezionym przez K. nad Małym Hińczowym Stawem udało nam się zjeść posiłek nie walcząc z wiatrem ani zimnem. Było pięknie, cicho, chmury raz zasłaniały szczyty, innym razem robiły się w nich dziury przez które niebieściło się niebo a słońce ogrzewało nas odpoczywających w trawie. Ja już byłam szczęśliwa, tam mogłabym zostać. Ale trzeba spełniać marzenia a marzeniem mojej koleżanki było zdobyć Koprowy Szczyt i zrobiłaby to ze mną albo sama wiec zebrałam się w sobie i też ruszyłam w dalszą drogę. Teraz czekała nas mozolna wspinaczka najpierw na Przełęcz Koprową i dalej na sam szczyt na 2363 mnpm.

       I tu się zaczyna moja magiczna przygoda z piosenką, która grała mi w głowie zapętlona przez kolejne godziny. Podśpiewywałam ją sobie cichutko delektując się trasą. Mam nadzieję, że nikt nie słyszał.....chociaż nawet jeśli, to mógł krzyknąć shut up i zamilkłabym :). Ludzi było niewiele, a krzyków nie słyszałam. I tym razem wyjście na szczyt, czekanie na okienko chwilowej przejrzystości i zejście było tak wspaniałym doświadczeniem, że teraz nie tylko dolina będzie miała szczególne miejsce w moim sercu ale także ta piękna góra.
     Schodziłam nucąc pod nosem, nikogo już nie było. Schodziłyśmy oddalone od siebie kilkadziesiąt metrów a przed nami ani za nami nikt już nie marudził. Czy to komin na uszach odgradzał mnie od innych dźwięków, czy zapadłam się w moim wewnętrznym świecie. Nie ważne.....kolejny raz gdy idę w te moje ukochane góry, proszę o ich łaskawość a one niczym ktoś najbliższy dla kogo znaczę wiele otaczają mnie miłością, spokojem, równowagą. Kocham je bardzo i tak trudno mi wracać do domu po takim dniu jak ten.
    Wiem, za bardzo personifikuję kamienie i skały. Dla wielu to dziwne i niezrozumiałe. Dla mnie góry mają duszę i wolno mi je kochać jak człowieka.


Będzie mi miło jeśli ktoś obejrzy te zdjęcia na pełnym ekranie komputera -niespiesznie -z tą muzyką w tle:

https://www.youtube.com/watch?v=cyDtfrWVfic