niedziela, 3 września 2017

Wołowiec - spontanicznie i z przygodami






     To w ogóle nie mało tak być. Miałam pozałatwiać swoje sprawy i iść do pracy jak każdy normalny człowiek.....


      Miałam coś do załatwienia w Urzędzie Pracy w Nowym Targu. Kto nie wie, to wyjaśniam: Urząd Pracy znajduje się w budynku szpitala nowotarskiego skąd rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków w okolicy. Sami popatrzcie :)





     W dole moje miasto, na horyzoncie moja Miłość. Co zrobić???
     A może by tak rzucić wszystko i jechać w góry!!!! 
Ale gdzie? Ale jak? Tak nie można, mam przecież zobowiązania itd...... fuck it!!! jak mawiają Anglosasi. Zaglądnęłam jeszcze do pracy, na szczęście nic bardzo pilnego nie było do roboty, szybko zgarnęłam co miałam do jedzenia, zaparzyłam w termosie kawę, ucałowałam synka ( na szczęście przyjechał odwiedzić mamusię, to miałam z kim zostawić piesełki ) wsiadłam w auto i w drogę !!!!! 

      Jak na mnie to wystartowałam bardzo późno, o 12-ej wyruszyłam na szlak Doliną Chochołowską. Jeszcze miałam nadzieję na wypożyczenie roweru, żeby skrócić sobie czas dotarcia w okolice schroniska, ale niestety teraz jest to niemożliwe. Owszem, wypożyczalnie są ( i najtańsze parkingi w Tatrach od 5 do 10 zł przy samym szlabanie za cały dzień:) ) ale nie można roweru oddać gdzieś po drodze jak to dawniej było. Dobrym rozwiązaniem byłoby wziąć swój rower ( dodatkowa opłata za wjazd rowerem, nawet wypożyczonym 5 zł) przypiąć go gdzieś do drzewa i zjechać wracając. Ale nawet nie mam rowera, co za niedopatrzenie... ;)


     No cóż, mój dzisiejszy plan ( planowanie to jednak moje utrapienie, nawet w spontanicznym wyjściu układam plan- ale w wypadku gór to chyba rozsądne) zakładał wejście na Wołowiec od strony Wyżnej Doliny Chochołowskiej, potem Przełęcz Jamnicka, (kusiły mnie Rohacze więc mały rekonesans szlaku z bliska ) następnie trawersem Wołowca do Przełęczy Pod Wołowcem, Rakoń, Grześ i z powrotem na parking. W sumie 27,5 km !!!! Gdybym sprawdziła te odległości wcześniej chyba nie zdecydowałabym się na tak długi szlak ale jakoś mnie zaćmiło, skąd pomysł, że może by jeszcze Rohacze jednak odwiedzić?????
Na szczęście moja głupota jest skutecznie ograniczana przez Los, który miał inne plany wobec mnie na ten dzień.
Gnałam jak błyskawica !!! Odcinek od parkingu na Halę Chochołowską przeszłam w 1,20 h zamiast przepisowo 2,10. Może dlatego, że nie w traperach tylko leciutko w sandałkach hahaha a miałam w sobie tyle radości i energii, że biegłam, leciałam niczym na skrzydłach. 


    Co mnie zamroczyło??? Dlaczego skręciłam w lewo na czerwony szlak myśląc, że gdzieś tam jest odbicie na Wołowiec???? Moja mapa była za mało szczegółowa, internet nie łączył się ze mną w telefonie. Jeszcze tylko zobaczyłam mały wodospadzik, którego nigdy wcześniej nie widziałam chociaż szłam już tym szlakiem nieraz i zaczęłam się rozglądać za alternatywami. 
  


    Według tej mojej mapy gdy szlak przekroczy potok i będę go miała z lewej strony całkiem niedaleko powinien być mój docelowy szlak zielony, którym jak po nitce powinnam dotrzeć do celu. Moim oczom ukazała się droga w prawo...... oooo to na pewno nią jest połączenie szlaków, po cóż innego miała by ona być....... Schodzę ze szlaku, droga szeroka, taka rozjeżdżona kiedyś zwózkami drzew, cieszę się że idę, radość mnie rozpiera. Już nie w sandałkach. To dobry pomysł takie lekkie buciki na podejście i zejście asfaltem czy ubitą drogą sobie zabierać :) Wkrótce droga się skończyła, dalej prowadzi ścieżka, ale i ona jakaś coraz mniej widoczna....przedzieram się przez borowiny, paprocie, kosówki ale ślady prowadzą tylko do potoków. To już raczej nie są ścieżki zabłąkanego turysty ale drogi do wodopoju. Co więcej, coraz częściej spotykam niepokojąco duże kupy....... Tu pewnie żerują niedźwiedzie, a może jelenie, a jeśli jednak niedźwiedzie ??????  
      Odwracam się, ale pewna nie jestem czy wrócę po swoich śladach. Jeśli to niedźwiedzie ślady to i tak jestem już na jego terytorium niezależnie czy pójdę teraz w dół czy w górę to i tak mnie dopadnie jak będzie w pobliżu. Nie będę udawać, że miałam to gdzieś. Tak na prawdę zaczęłam się nawet bać. 
    Patrzę miedzy coraz rzadszymi drzewami.....jest mój Wołowiec, są ludzie na nim, nie wracam. Wydaje mi się, że powinnam skręcić jeszcze bardziej w prawo, szukam w bezmiarze mojej pamięci widoku zielonego szlaku ale schodziłam nim tylko raz w dodatku zimą......Przecież nie może być za daleko !!!! Kolejne zwierzęce ślady, przechodzę w bród jeden potok, potem drugi, zapadam się w mokradło, przedzieram się przez krzaki, pot spływa mi po plecach, gardło suche ale nie zatrzymuję się, nabieram wysokości, nogi odrapane do krwi, proszę Los, Boga o prowadzenie.....
Nagle wchodzę na kamienie.....to nie zwykłe kamienie, to ścieżka, i jest znak szlaku....ufff jednak znalazłam :)




    Jestem już prawie ponad linią lasu, są ludzie, mogę przysiąść, napić się, wreszcie coś zjeść, odpocząć, uspokoić walące serce. Tak na moje oko połowę trasy na Wołowiec mam za sobą.

    Przede mną bardzo żmudne podejście, jakby nie chciało się skończyć ale w sumie nie ma co się dziwić, to 1200m przewyższenia. Mozolne krok za krokiem w palącym słońcu.






     Za to nagroda na Przełęczy pod Wołowcem niesamowita . Jak tu pięknie !!!!! Obracam się w kółko, gdzie usiąść? na czym wzrok zawiesić? Tu Rohacze z pięknymi stawami w Dolinie









  A może miejscówka z widokiem na Osobitą, Rakoń, i dalej Babią Górę? 




Wybieram miejsce z widokiem na Zachodnie i Wysokie Tatry.




     Zastanawiam się czy zdążę jeszcze wyjść na Wołowiec, czy skrócić sobie trasę trawersem w kierunku Jamnickiej Przełęczy. Wybieram Wołowiec i to był bardzo dobry wybór...... taka rodzinkę tam spotkałam !!!! Koźlątko jeszcze mleczne, mamusię sobie doi, tata - tak myślę, że to samiec bo groźnie patrzy na mnie , chyba ocenia czy nie jestem zagrożeniem ;) 














     Posiedziałam w trawie podziwiając niedawno przebyłe Otargańce, takie piękne z tej perspektywy a w pamięci jeszcze mam świeże wspomnienia tamtej cudnej drogi, w dole serduszkowe Stawy Jamnickie i Rohacze......nie wiem dlaczego to o nich marzę. Na Rysach nie byłam a jakoś mnie tam nie ciągnie. No cóż i one poczekają na lepszą chwilę, na kogoś kto mnie przez nie przeprowadzi. Może niepotrzebnie tak się ich boję, chociaż strach to nie jest odpowiednie słowo. Chyba chcę je przejść po prostu z kimś ważnym dla mnie, żeby były symbolem a nie tylko zdobytym szczytem.
  





     No dobra, posiedziałam, powspominałam, pomarzyłam a tu się późno zrobiło, góry opustoszały, pora wracać. Schodzę przepięknym szlakiem. Najpierw trawersem Wołowca, Rakoń, Grześ i dalej Doliną Chochołowską na parking. Zastaje mnie noc, droga oświetlona czołówką dziwnie nie dłuży mi się nawet. Mimo upalnego dnia wieczór dość chłodny, para wydobywająca się z ust przy każdym oddechu tańczy w świetle latarki, nogi trochę bolą.
Jestem bardzo szczęśliwa, zmęczona ale spełniona.
















      Godzina 21 to koniec mojej dzisiejszej przygody. 27,5 km szlaku, 1500m przewyższeń. Od następnego dnia załamanie pogody ale liczę na długą i suchą jesień :)